Przy kominku, czyli Sławek opowiada bajkę

Żółw żuł muł i żuchwą mełł
Znowuż wrzucał coś na kieł
Przypłynęła żaba rzutka
Mocna w gębie, krzepka w udkach
Bez żenady mu powiada
Że jest to żółwiowa wada
Że obżartuch z niego duży
I mu to niedobrze wróży

Żółw obruszył się i rzecze
Że mu czas się bardzo wlecze
I że żuje tak z powodu
Nudy raczej, niźli z głodu
Żaba jakby na życzenie
Rzuca takie wynurzenie:
Rzeczywiście, że w kałuży
Czas się niedorzecznie dłuży
A gdzie żwawa, rześka rzeka
Czas nie zwalnia, a ucieka
Nikt nie stoi i nie krąży
Nie rozważa, bo nie zdąży

Odrzekł żółw, że tu żołądek
Dnia wyznacza nam porządek

Żeby się poprzekomarzać
Na nic już nie miała zważać
Żaba ciągle jeszcze miła
Drażniąc żółwia użądliła
Że żółw taki choć stateczny
Rzadko bywa pożyteczny

Żółw się żachnął i obruszył
Zaróżowił aż po uszy
Oburzony stanął w pąsach
Że się żaba zeń natrząsa
Mówi że nie szuka zwady
Zbrzydło mu towarzystwo żaby

Żaba: taki stan jest rzeczy
I nikt temu nie zaprzeczy
A na koniec niby żartem
Że są żółwie nic nie warte

Żółwia żartowanie nuży
Więc żegnając się zanurzył
Porozważać sprawy ważkie
Żaba przekąsiła ważkę

A że żaba się rozgrzała
To na brzegu rechotała
A niegrzeczna była przy tym
Za przytykiem już ci przytyk
Język jej niewyparzony
Srożył się na wszystkie strony

To o żółwiach, że ci one
Bzdurzą rzeczy niestworzone
Aż po nozdrza zagrzebane
Rzężą narzekając z żalem
To o żółwiu, że przytyje
I że życia nie zażyje
Że próżnuje i żeruje
Tak jak małże i szczeżuje

Żółw coś rzec jej chciał do słuchu
Lecz burczenie poczuł w brzuchu
Uznał więc, że szkoda słów
Ociężały ruszył tułów
Żabie nagle zrzedła mina
Bo się wkurzył starowina
I bez żadnych zbędnych mów
Zeżarł żabę tenże żółw
Tak, że przełknął ją w całości
Wszak nie z głodu, a ze złości

Tu nadeszła chyba pora
Na moralitet autora
Za przykładem Brzechwy Jana
Ja się pytam, proszę Pana
Czy tej żabie raz za razem
Mogło to uchodzić płazem?
No a przecież z drugiej strony
Nie był żółw ten przymulony?

Między nami jądrowcami

Pan Tofelek jest eukarontem. Opowieści z życia typowego orzęska.

Pan Tofelek jest eukariontem. Nie wstydzi się swojego małego jądra. Często powtarza, że każdy ma to, jakim go podział mitotyczny stworzył. Tofelek mówią mu przyjaciele. Ale ojciec zawsze mówił do niego Tofel: Tofel to, Tofel tamto, Tofel znowu się spóźniłeś na fagocytozę. 

Pan Tofelek lubi pływać, jest w tym dobry. Przebiera swoimi sześciuset rzęskami aż miło popatrzeć. Zawsze jest pierwszy do jakiejś pożywnej lipidowej cząstki. Ale nie pyszni się tym. „Każdy ma swoje wakuole i swoje sprawy” – powtarza. Pan Tofelek ma już za sobą dwa podziały poprzeczne, ale jego ojciec w jego wieku miał już cztery. „Ja w twoim wieku…” – mawia ojciec. Tofelek broni się, że wtedy było więcej pożywnych składników w zawiesinie. Ale tato nie da sobie powiedzieć. Taki jest ten jego ojciec, wciąż tak samo młody, a w jądrze nadal mu jeszcze rozmnażanie.

Pan Tofelek zawsze chciał być nauczycielem – przybliżać dzieciom fascynujący świat jednokomórkowców. Ale na wstępie podważono jego kwalifikacje: “Nic pan nie wie o koloniach, ani o dzieciach z rozmnażania płciowego, no i spożywa pan bakterie, a w dzisiejszych czasach nacisku na higienę, pan rozumie…”. Tofelek uśmiecha się swoim cytostomem, ale swoje sobie myśli, aż mu się rybosomy gotują. Zatrudnił się w marketingu. „Jest pan charakterystyczny, będzie pan świetnie reprezentował orzęski” – powiedzieli. Tym go ujęli i tak mu już tam zleciało parę cykli.

Pewnego razu Tofelek przyprowadził do domu kolegę. Oznajmił, że chcą mieć razem rekombinację. Ojciec bardzo się skrzywił. „Za moich czasów nie było takich rzeczy” – zaburczał tato. Tofelek wiele razy tłumaczył to ojcu, ale ojciec jest starej daty, z pierwszego pokolenia i nigdy nie zrozumie współczesnej potrzeby zmian w puli genowej.

W takich momentach zwykle Tofelek zamyka się w swojej pellikuli i powtarza sobie, że nie będzie jak ojciec. Śmieszne.